• 0
  • /home/users/yellow_1/pblog/new/wp-content/uploads/2010/08/3.jpg
  • 62800 bytes
  • 31-Aug-2010 12:29:42
  • 600
  • 800
  • 1
  • 192
  • 800x600
  • Color
  • Baseline

UZUPEŁNIENIE O FOTKI DO KOŃCA TYGODNIA

Sezon motocyklowy zbliża się ku końcowi, przynajmniej dla mnie, dlatego coraz mniej czasu na jakieś zorganizowane wyjazdy. Niestety ostatnia zaplanowana wyprawa na Południe Polski w celu zwiedzania zamków i zameczków nie doszła do skutku. Jakoś Pech chciał, że immobiliser padł był w dzień wyjazdu i Grupa Pribałtycka pojechała beze mnie. Pozostało mi tylko zaplanować sobie jakiś mały wypadzik lub podłączyć się do już zorganizowanego.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Słowniczek
Kondom/kondomik
– motocyklowe wdzianko przeciwdeszczowe.
Puszka
– samochód.
Motong
– motocykl.
Winkiel
– zakręt.
Cruiser
– ciężki motong, najczęściej z silnikiem V, często mylony z chopperem.
Pedał
– rowerzysta.
Parowozik
– GSX 1400, nazywany również Lokomotywą (ze względu na mega maksymalny moment obrotowy).
Piec (w kontekście mowy nt. motocykla)
– silnik.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Któregoś dnia na forum pojawia się zaproszenie kolegi z Polisch Bandit Crew, który organizuje wyjazd do Kłomina – osiedla położonego kilka kilometrów od Bornego Sulinowa. Jest to jedno z tzw. miast duchów znajdujących się w naszym kraju i jedno z kilkunastu na świecie. Najbardziej znane jest oczywiście to obok Czarnobyla jednak w naszym rodzimym klimat ten sam ale promieniowanie jakby niższe. Trochę więcej o Kłominie można znaleźć tutaj.

Szybko dogadujemy terminy oraz opracowujemy trasę. W ciągu 2. dni jesteśmy gotowi do drogi. Oczywiście dzień przed wyjazdem krótkie spotkanko twarzą w twarz (do tej pory znamy się tylko z forum) i dogranie wszystkich szczegółów. Całość zaplanowana na dwa dni, trasa ok. 850 km w obie oraz nocleg na miejscu.

Dzień I, Grodzisk Mazowiecki – Kłomino
Jako że cała grupa startuje z Warszawy postanawiam dołączyć do nich na trasie zamiast bujać się w te i nazad. Dzięki temu zaoszczędzam kilkanaście kilometrów a i dłużej mogę pospać. Godzina 7.00, pobudka, śniadanko i zejście do garażu. Dzień wcześniej wszystko popakowane i załadowane na Parowozik zatem jedyne co muszę zrobić, to dojechać do punktu zbornego, w którym mamy spotkać się o 9.00. Do Błonia (miejsce spotkania) docieram po niecałych 15. minutach i mam jeszcze 20 do przyjazdu pozostałej grupy. Tankowanie do pełna, ciepła herbatka (bo rano pizga dość mocno), gazetka i czekam. O 9.15 zaczynam się zastanawiać co jest grane ponieważ chłopaków nie ma a pogoda nie Tita więc różnie być może. Telefon w łapę i dzwonię. Co się okazuje. Spotkanie jest umówione na 9.00 ale w Warszawie a nie w Błoniu (dlaczemu mnie to nie dziwi?). Na wyjazd od siebie potrzebują jeszcze kilka minut. Szybko kalkuluję i wychodzi mi, że w Błoniu będą za jakieś 45 minut. Mówiąc krótko – ponad godzinę czekam na stacji.

Kiedy wreszcie docierają jest 10.15 i – jak na złość kolejka do dystrybutorów. Kiedy udaje się zatankować okazuje się, że żarówka jednego z kierunkowskazów motonga kumpla coś nie abla i trzeba wymienić (swoją drogą moje kierunki znowu zaczynają przejawiać tendencję do działania stochastycznego). Po ogarnięciu wszystkich początkowych kłopotów wyruszamy chwilę przed 11.00. Na szczęście przestaje padać a w kierunku, w którym zmierzamy nawet się przejaśnia. Umożliwia nam to zdjęcie kondomów, bo jazda w nich może i sucha jednak niezbyt wygodna.

Droga przebiega bez jakichkolwiek problemów, no może poza jednym incydentem, kiedy to widząc w lusterku zap***jący radiowóz zatrzymiję całą naszą kolumnę aby zjechać na bok i poddać się kontroli. Okazuje się jednak, że miśkowóz przelatuje obok nas i jakieś 100 metrów przed nami zajeżdża drogę Renaultowi 19. Otwierają się boczne drzwi i widzimy desant  Miśków, wyciąganie z Renówki jakiegoś nawalonego karka i szybkiego zglebowanie. Wrażenia – bezcenne. Poza tym kilka postojów, kilka tankowań no i jedna, krótka trasa z możliwością powinklowania.

Na miejsce dotaramy ok. 18.00, niestety ostatnie kilometry jedziemy w deszczu, do tego sam dojazd do Kłomina raczej pół off-roadowy przez co dwóch z nas omal nie podnosi motocykla z ziemi. Szybko objeżdżamy teren w poszukiwaniu miejsca na nocleg, niestety zaczyna padać coraz mocniej. Szybka decyzja o pozostawieniu motocykli na zarośniętym trawą skrzyżowaniu i akcja ucieczki pod zadaszenie. Po kilkunastu minutach ulewa ustaje a my rozglądamy się za miejscówką bo powoli zaczyna się ściemniać. O ile miejsce dla nas jest o tyle z zabezpieczeniem motocykli mamy niewąski problem. Nie dość, że jedyna opcja, to “pod chmurką”, to jeszcze w miejscu średnio dostępnym dla oczu a okolica raczej nie nastraja do pozostawienia sprzętu samopas.

Krótkie zwiedzanie połączone z poszukiwaniem miejsca nasuwa jedno stwierdzenie: rozszabrowano wszystko co rozszabrować się dało a to czego się nie dało zniszczono (wot polska natura). Po kilku minutach natrafiamy na ruiny starego magazynu (a może byłego warsztatu, ciężko określić). W każdym razie jest to rewelacyjna miejscówka zarówno dla motocykli jak i dla nas.

Oczywiście w środku ogólny i permanentny syf z malarią, jak to na ruinach bywa, zatem przygotowanie miejsca na nocleg, zbudowanie pieca, rozpalenie ogniska oraz wyładowanie bambetli trochę czasu zabiera. Pracę dzielimy na dwie grupy, pierwsza (moja)  - dwóch Marcinów, została i ogarnia temat noclegowni a druga – dwóch Łukaszów, jedzie po zaprowiantowanie do najbliższego sklepu (jakieś 20 km). Co się dzieje nocą pominę milczeniem. Wspomnieć wystarczy, że ze względu na ilość promili wyjazd drugie dnia z planowanej 8.00 musieliśmy przesunąć na sporo po południu. W każdym razie nie ma to jak gulasz z puszki podgrzewany na własnoręcznie zbudowanym piecu.

Dzień II, Kłomino - Grodzisk Mazowiecki
Pobudka jest ciężka, o 6.00 ogień lekko wygasa a wody brakuje. Najmłodszy z nas leci po drzewo i zajmuje się przywróceniem znośnej temperatury kiedy my leżymy. O 9.00 wszyscy wykopujemy się ze śpiworów i zaczynamy wracać do żywych. Niestety dość mocno brakuje  nam wody. Cóż, takie są skutki nocnych rozmów. Szybki telefon do przyjaciela i w ciągu półtorej godziny dostarczone nam zostają dwie butelki wody przez kolegę mieszkającego w okolicy. Niestety dzień wcześniej nie dotarł ponieważ… Nie mógł po nocy odnaleźć dojazdu do osiedla. W sumie może i dobrze się stało.

Pakowanie zajmuje nam ponad godzinę (trzeba znaleźć wszystkie szpeje, które jakoś nocą się nam zagubiły). Straty są niewielkie, jedna kurtka nieco przepalona, dwie zniszczone karimaty i jeszcze trochę innych drobiazgów, które gdzieś zaginęły podczas akcji. Kiedy wszystko jest gotowe okazuje się, że jeden łańcuch coś za bardzo jest rozciągnięty i raczej nie należy na nim jechać. Krótka decyzja – trzeba naciągnąć. Zajmuje to chwilę no ale przez to każdy zaczyna przyglądać się naciągowi swojego motonga. Korekta naciągu potrzebna jest jeszcze w jednym.

Ruszamy kiedy na dobre już pada, ponad 2 km jazdy rozmiękłą, leśną drogą z zalanymi i niewidocznymi dziurami – nietajnie. Jako punkt zwiedzania obieramy Magiczną Górę czyli miejsce, w którym zamiast wszystko z górki spadać do pod nią wlatuje (sic!). Na szczęście deszcz nieco zelżał jednak kolejny atrakcję musieliśmy odrzucić ze względu na późną godzinę i widmo powrotu kilkuset km w ulewie.

Powrót, poza tym, że prawie cała trasa w nieustającej ulewie, przebiega bez problemów. No może poza bardzo awaryjnych hamowaniem w Inowrocławiu, kiery to niewiele brakuje abym jakiegoś Burka przerobił na smalec; jednym ostrym ominięciem pedała, który jechał bez kamizelki i jakiegokolwiek oświetlenia no i jednym niemal przyklejeniem się do burty puszki w Wałczu kiedy to sympatycznego kark z czerwonego Lancera, chce mnie staranować. Odcinek drogi pomiędzy Inowrocławiem a Włocławkiem jest przebogaty w fajnie profilowane winkle i równy asfalt. Niestety mokra nawierzchnia w połączeniu z nieco już zużytymi gumami u mnie i kolegi nie wróży dobrze dla ostrzejszej jazdy zatem musimy odpuścić.

Ostatni dłuższy postój na jakieś papu umożliwia wysuszenie przemokniętych rękawic. Okazuje się, że nadal jedynym skutecznym sposobem jest gorący piec motocykla ponieważ żadne wynalazki typu membrany się nie sprawdzają a gumowe rękawice nie zapewniają odpowiedniego trzymania manetki, co skutkuje bulem nadgarstków po przejechaniu kilku km.

Rozstajemy się w Wyszogrodzie, grupa leci na Warszawę a ja odbijam na Sochaczew w kierunku Błonia. Do domu docieram w okolicach 22.00, zmęczony, zziębnięty ale generalnie zadowolony. Oczywiście nie mogło obyć się bez jakiejś buby na sam koniec. Pilot od bramy na osiedle i garażu odmówił posłuszeństwa skutkiem czego czekało mnie ręczne otwieranie w pełnym ubiorze (kurtka, kondom, kask, plecak itd.).

Co do samego miejsca, to szczerze polecam. Warto zobaczyć a czasu na to pozostało niewiele; postępujące prace rozbiórkowe, zarastanie przez otaczający las oraz degradacja powodowane warunkami atmosferycznymi powoli ale skutecznie usuwają z mapy to miejsce. Klimat “miasta duchów” jednak cały czas pozostaje i pewnie pozostanie do czasu kiedy zostanie ostatni budynek. Możliwe, że w przyszłym sezonie polecimy za granicę aby obejrzeć podobne miasta, może nawet Prypeć.

image