Opis
Dodane przez: travisb
Pod koniec zeszłego roku w głowie pojawiła się myśl i pragnienie pojechania gdzieś dalej na rowerze. Ponieważ kocham jazdę po górach (co prawda mieszkam w takim a nie innym miejscu gdzie gór jest jak na lekarstwo ale nie ma to jak konkretny kilkuprocentowy podjazd a takie nawet na Pomorzu się trafiają) cel wydał się oczywisty: polskie góry. Ze względu na to, że po naszym pięknym kraju mam rozsianą w kilku miejscach rodzinę, postanowiłem ich odwiedzić. Po rzuceniu okiem na mapę miałem zarys trasy: Gdańsk-Zakopane i dalej na zachód Sudetami. A, że niedaleko leży miasto w którym jeszcze nie byłem a sporo się o nim nasłuchałem, cel przybrał bardziej konkretne oblicze – Praga.
Planowo miałem wyruszyć dzień po powrocie z Open’era, ale jak to zazwyczaj bywa z planami i tym razem nie do końca poszło po mojej myśli. Nie zdążyłem ze wszystkim się ogarnąć a do tego pogoda jak zwykle nie podpasowała. Stąd jednodniowe opóźnienie.
Ruszyłem więc 9 lipca o 6:00 rano …
Dzień 1.
GDAŃSK – CIECHOCINEK.
DST: 213.2 km
TM: 9:16:19
AVG: 22.9 km/h
Od początku pogoda mnie nie rozpieszczała.

Jak nie deszcz to słońce. Przez ciągłe przebieranie się z ciuchów przeciwdeszczowych w zwykłe, na postojach straciłem ok. 3h . Do tego doszły dwa ‘przeczekania’ silnych ulew – jedno w Dębińcu pod Grudziądzem, gdzie schroniłem się w wiejskim sklepie, zajadając pączki i rozmawiając z tubylcami, i drugi raz już w Toruniu, po wypiciu kawki i zjedzeniu tradycyjnych toruńskich pierników. A co – trzeba sobie dogadzać ;)

W Ciechocinku byłem aż o 20:20. Zatrzymałem się u mamy, która akurat była w tamtejszym sanatorium. Na zwiedzanie miasta nie było już czasu, więc przełożyłem to na ranek dnia następnego.
Niektóre miejscowości mają świetne nazwy. Było ich więcej po drodze ale nie zawsze chciało mi się zatrzymywać i wyciągać aparat. Z innych ciekawych nazw: Nowe Wymyśle i Pomyje.

Trafiały się i takie urokliwe, totalnie odosobnione, ukryte gdzieś daleko od drogi głównej, miejsca …

Wyjazd z Torunia – zaraz po przeczekaniu ulewy.

Dzień 2.
CIECHOCINEK – OŻARÓW MAZOWIECKI.
DST: 192.57 km
TM: 8:05:24
AVG 23.7 km/h
Zaspałem o godzinę przez co musiałem się streszczać. Śniadanie i szybki przelot przez miasto do ciechocińskich Tężni.

W zasadzie Ciechocinek to taka mała mieścina, więc i zwiedzać nie było co. Kolejną atrakcją miała być pierwsza na trasie przeprawa promowa przez Wisłę – w Nieszawie.

Zmęczenie z pierwszego dnia dawało mi się we znaki. Już od początku droga mi się dłużyła a w połowie trasy nie chciało mi się jechać ;/
Jakoś doczłapałem się do Włocławka, gdzie spotkałem dwóch podobnych do mnie turystów rowerowych, z którymi trochę pogadałem i dojechaliśmy razem do zapory wodnej. Oni pojechali dalej a ja pstryknąłem pare zdjęć.

Kolejne duże miasto – Płock.

Po drodze zajechałem do Żelazowej Woli i odwiedziłem dom-muzeum Fryderyka Chopina. Odwiedziłem a nie zwiedziłem, bo już było zamknięte ;/

Nocleg u chrzestnej w Ożarowie.
Dzień 3.
OŻARÓW MAZ. – PIONKI
DST: 136.05 km
TM: 6:26:06
AVG: 21.1 km/h
MASAKRATOR – najlepsze określenie tego dnia pod względem pogody – upał totalny. Nawet cień nie ratował. Jedynie lody ;)

Jeszcze przed opuszczeniem podwarszawskich miejscowości postanowiłem obadać nowo wybudowany, kryty tor kolarski z prawdziwego zdarzenia. Niestety nie wszedłem do środka bo wokoło trwają ciągle prace wykończeniowe.

Po drodze, już daleko za Warszawą a przed Warką, droga prowadziła przez malownicze sady owocowe. Po obu stronach drzewa jabłoni, wiśni, czereśni, krzaki z porzeczkami i pola truskawek …
A w Warce browar ;)

I jakiś kosmiczny pomnik.

Późnym popołudniem zajechałem do Pionek – miasteczka, gdzie mam większość rodziny.
Dzień 4.
PIONKI – KAZIMIERZ DOLNY nad WISŁĄ – PIONKI
DST: 102.77 km
TM: 4:24:56
AVG: 23.2 km/h
Kolejny upalny dzień. Cały dzień marzyłem o zimnym piwie i prysznicu. Woda w bidonach niemal gotowała się i była jak z termosu. Za to lody jak zwykle świetnie chłodziły.
Odwiedziłem Czarnolas ale nie trafiłem na otwarcie muzeum Jana Kochanowskiego – przyjechałem o godzinę za wcześnie, więc pojechałem dalej.

W Puławach chwila wytchnienia na moście nad Wisłą.



W Kazimierzu szybki obchód z aparatem – baszta, zamek, rynek. Jednak zdecydowanie za mało czasu, żeby wszystko na spokojnie zwiedzić i nacieszyć się tym pięknym miejscem …






Dokąd mnie nogi poniosą?

W drodze powrotnej przeprawa promowa w Janowcu i ponad 40 minutowe przeczekiwanie w Policznej totalnej ulewy połączonej z gradobiciem. Schroniłem się w sklepie, gdzie oczywiście opychałem się zimniutkimi lodzikami … i pączkami :D
Za późno się zorientowałem, kiedy przed nosem mi śmignęli kolarze z maratonu kolarskiego ‘700km w 24h’, więc nie zdążyłem nawet wyciągnąć aparatu.
Między jednym a drugim uderzeniem nawałnicy, chwyciłem od pani ze sklepu dwie siatki, owinąłem buty i w deszczu śmignąłem do Pionek.
Kolejny dzień zaplanowałem jako wolny od roweru. Odwiedzę rodzinę i odpocznę, zbierając siły na zbliżające się góry ;)
Dzień 5.
PIONKI – KIELCE
DST: 133.44 km
TM: 5:44:25
AVG: 23.2 km/h
Droga do Kielc ciągle pod wiatr. Przejazd przez Góry Świętokrzyskie i bezustanna walka z czasem, żeby zdążyć na pociąg do Krakowa o 14:30. Udało się. Na dworcu byłem o 14:20. Zaraz po wyjeździe z Kielc zaczęło padać – prognoza się sprawdziła. Ale już w Krakowie w miarę sucho. Dopiero na wieczór się rozpadało. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zrobieniem nocnej rundki po Kraku. Caly majdan zostawiłem w schronisku młodzieżowym i z lżejszym o 23 kg rowerem śmignąłem na miasto. Kocham Kraków …
Dzień 6.
KRAKÓW – WIELICZKA – KRAKÓW
DST: 28.9 km
TM: 1:20:23
AVG: 21.5 km/h
Luźniejszy dzień, przeznaczony – jak na turystę przystało – na zwiedzanie i poznawanie nowego terenu.
Wszedłem na wieżę Kościoła Mariackiego …







Miałem to szczęście bycia na wieży podczas grania hejnału.

Później wypad do Wieliczki do kopalni soli. Kolejka pod kopalnią jak za komuny po mięso …

Na dole już luźniej. Schodami w dół …






… i powrót do centrum. Dla urozmaicenia sobie wolnego czasu wybrałem się do kina na film „Hancock”. Sprawdziłem w kafejce internetowej prognozę na jutro. Może uda mi się dojechać do Zakopanego suchym i następnego dnia zdobyć Rysy, bez obaw, że zaskoczy mnie w górach załamanie pogody …
Dzień 7.
KRAKÓW – ZAKOPANE
DST: 111.32 km
TM: 5:05:31
AVG: 21.8 km/h
Kolejne po Górach Świętokrzyskich górki. Piękne podjazdy, serpentyny i długie, ostre zjazdy.

Sama ‘Zakopianka’ do Nowego Targu elegancka, z szerokim poboczem.

Za NT już gorzej. Na horyzoncie ciemne chmury nad Zakopanem …

Zakopane urzeka. Myślałem, że jest mniejsze …
Masa turystów – jak to w szczycie sezonu – ale pogonionych deszczem i zimnem.
Jeszcze tylko odwiedzę Tesco, gdzie zrobię zapasy i wracam do wynajętego pokoiku na poddaszu góralskiej hacjendy, żeby odpocząć przed jutrzejszym zdobywaniem Rys.
Dzień 8
ZAKOPANE
Pobudka o 6, szybkie śniadanie i ruszam na busik, który dowiezie mnie do Łysej Polany, skąd pieszo albo dorożką podjadę pod schronisko przy Morskim Oku.
Żeby nie tracić czasu i zdążyć przed zapowiadanymi na popołudnie ulewami, zasiliłem góralską kiesę i po burżujsku podjechałem dorożką. Górol dał sygnał do bazy: “Jo już wyjechoł.” i poszły konie po betonie …

W schronisku, przy drugim śniadaniu usłyszałem, że GOPR-owcy znaleźli w pobliżu Rys ciało turysty, który spadł ze szlaku jakiś miesiąc wcześniej. Po chwili nadleciał helikopter i zabrał nieszczęśnika …

Przy okazji jeden z GOPR-owców potwierdził moje przypuszczenia co do załamania się pogody. Miałem czas maksymalnie do 16. Wg. Przewodników, przejście czerwonego szlaku prowadzącego na szczyt Rys zajmuje ok. 3,5h. Mi udało się go pokonać w ciągu 2h.

Jednak zejście zajęło ponad 3h. Wszystko przez pogodę. Już na szczycie zaczęło się robić nieciekawie – gęste chmury pokrywały wszystko dookoła, widoczność niemal zerowa. Przez 1/3 długości szlaku od szczytu padał deszcz ze śniegiem i było chyba 5st C. Zmarznięte ręce ślizgały mi się na łańcuchach rozwieszonych na bardziej stromych odcinkach szlaku. Po głowie przemykały niepokojące myśli: czy uda mi się cało zejść …
Jednak mniej więcej w połowie góry chmury pozwoliły przebić się słońcu i zrobiło się całkiem przyjemnie.
Tym razem odcinek od Morskiego Oka do parkingu, skąd kursują busiki do Zakopanego, pokonałem pieszo. I tak mnie bolały nogi, więc nie czułem różnicy idąc.
Zmęczony ale szczęśliwy wróciłem do pokoiku na poddaszu, wziąłem prysznic i już rowerem wyskoczyłem na zakupy, kolację i oczywiście oscypka na Krupówki ;)
C.D.N ;)
A tym czasem z yellowem ruszamy na zdobywanie Bornholmu.
See ya soon!
travisb


Dodaj komentarz