• Inches
  • /home/users/yellow_1/pblog/new/wp-content/uploads/2009/11/noel.jpg
  • 298545 bytes
  • 25-Nov-2009 20:31:52
  • 0
  • Nokia
  • N95
  • 72.00 (72/1) Inches
  • 72.00 (72/1) Inches
  • Adobe Photoshop 7.0 CE
  • 2008:07:14 20:24:28
  • 1
  • 0.004 s (4000/1000000) (1/250)
  • f/2.8
  • 100
  • 0220
  • 2008:07:11 17:59:54
  • 2008:07:11 17:59:54
  • Does Not Exists
  • 2.79917173119
  • 0
  • No
  • 5.60 (56/10)
  • 0100
  • 
  • 700
  • 458
  • Normal Process
  • Auto Exposure
  • 1.00 (100/100)
  • Standard
  • None
  • JPEG compression (thumbnails only)
  • JFIFHH Adobe_CMAdobed            T"?   3!1AQa"q2B#$Rb34rC%Scs5&DTdE£t6UeuF'Vfv7GWgw5!1AQaq"2B#R3$brCScs4%&5DTdEU6teuFVfv'7GWgw ?PoT=1W[1e̻~_զW!qkHz񭭏ȵ~7bݗX;#.Cu`[SM?=jzMӯ->,n8g׭}i#^rNHlskuda9k ڋl,ʛ>\7gKk58ޓۑj,ҾU/eoAs{X߰z?Lܬ6]Uv6$Zc"z9qc~2Sh HinsXQ{,l5uf}G[>=/[}vEmq2AI_S)/nU[E~+{覻=g[[6Y Ϫ[]?Exc~VQn sպLvVY7I1sd2C8WM+}mv}N|qf5Ëp0!s\zjgߪat[h mΊͮW,$k G{Q'􋩑snr;Ӽ60m g$s^N/4;罍7 cӡ99g׋+!2IkUWkŪ˄ȟōدW.3+8ց9dWK:kWﴴ O"٣Pc`􈑨˳o5V~qs!tbN Z&c =ض^87u +]uXO>] I2uFო&ةsuZʭm}ѱ{U[mХ+elԺHZ.ro̫}SfeZ1]kW}7 }?щ=U]b?[~.-LbmVZ~Os= jA]Om,s k8r4{9Z(`=FKgR[s"ͅkok7zާ2m?"S,;s@ܺZ>VJ?8;'?"dE>ٝn˿CfEY~כZv:$N*/L>Ӫu6*+8N-1:_c[;w;R[|}j.rn3ձ)vѬrV՚Ŧ-#=YC^m}^qnhs]H F)F#f;2sF\v2m>ǏsrxĶ#ߚ:IU5fK@OjչEհh +A*yz81pǷF[ZYu:|?7mcp gĸ04 é 7'~| VHDkYFa{|UcWce-o'<ktKOO̻$YNE6eVq1ײݭfQ'B#moc0vݿW// QK`Vέ]k̲ޕa_Ƿ}XWExfMV?&ܜo]+}Es?u\n]՟v=,{+~F.FE8^G~zޕvUl5CFEp5<11u;oVߦ50v77Kk3k ꞝy4cNwg?D,,Ƶ֑T1k4ksz*tqmtpA|s=ÃsAvM"al$ƥt?W-6o HkXHۚc&xz~'R9dnwmɒE[>wMBVsHg],مjS vkI'vȝKᓴWnoId IƵ6!d5r8dEI?7:x77qsȚFvG%Iڟ/J\q.lc>Yns n>e\UoAcm)FFWO+) !2:澶uXglJ]ϳӺ=7ʾ/nE2Z7T,(m^Mv6˟o=:%>=?dO׷t7+qq )#6N<Ӻa $?
  • 4017 bytes
  • 1
  • 192
  • 700x458
  • Color
  • Baseline
image

Opis Dodane przez: noel
VN:F [1.9.1_1087]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Moi drodzy, przed wami dziewiczy artykuł naszego nowego nabytku, prosto ze stolycy: Noel!

Będzie stał na straży poprawnej polszczyzny! Oddaje go w wasze ręce i zapraszam do przeczytanie ciekawej relacji prosto z Bieszczadów.

yellow

Wreszczcie, po trzyletniej przerwie, udało sie powrócić w najpiękniejsze góry Polski. Małżonka Droga wyjechała z jakimś młodym chłopięciem na koncert do Niemcowa i zostawiła mnie samemu sobie. Szybka decyzja o urlopie, pakowanie plecaka i dzida bez większego przygotowania.

O Bieszczadach chyba wiele nie trzeba pisać. Jedyne miejsce wolne od pensjonariuszy spod znaku “Trzech Pasków” jednak już odwiedzane przez ‘taterników’ w sandałkach i trampkach, którzy przez swój brak wyobraźni i permanentną głupotę dają niepotrzebne zajęcie GOPRowcom. W pełni dzikie i ze szlakami, które bardzo często wymagają od nas znajomości czytania map czy korzystania z kompasu i rzecz oczywista umiejętnego upadania na szacowną część ciała ze względu na SBB. Jedno z niewielu miejsc w Polsce, w których widać firmament nieba w kolorze granatowym z całą plejadą gwiazd znajdujących się po naszej stronie nieboskłonu. Jedyne miejsce, w którym na szlaku powiedzenie sobie “cześć” czy “hej” jest czymś naturalnym i oczywistym i nie powoduje wytrzeszczu oczu u pozdrawianych. Jedyne miejsce, w którym na szlaku można zatrzymać osobę nieznajomą (nawet tych wszystkich ’szpeczjalystoof’ w sandałkach, którzy patrzą na faceta idącego po szlaku z plecakiem jak na, nie przymierzając, UFO lub przynajmniej stworzenie nie z tego świata), usiąść z nią i pogadać o wszystkim po czym ruszyć w swoją stronę…

Patrząc na rozciągający się widok z Halicza, połonin czy na wschody i zachody słońca na Połoninie Wetlińskiej człowiek dziękuje Bogu, że są na Ziemi jeszcze takie miejsca.

____________________________________________________

Słowniczek pijęć użytych w opisie wyprawy:

SBB – Słynne Bieszczadzkie Błoto.

Wymierający Gatunek Turysty – człowiek płci obojga przemierzający góry z plecakiem zawierajacym cały jego wyprawowy dobytek. Bardzo często traktowany jako nietypowe zjawisko przyrodnicze i obiekt krzywych uśmiechów na twarzach części Taterników Fachowców płci tej samej a będący obiektem podziwu u płci przeciwnej. Zwany może być w dalszej części jako ‘WGT’.

GOPRowiec – człowiek z natury spokojny i przyjmujący ze stoickim spokojem prozę codzienności. Miłośnik grzańca i naleśników z jagodami, czasmi przemierzający szlaki ze zwierzęciem futerkowym. Ma przyjazny stosunek do WGT. Od zarania dziejów boryka się z dwoma problemami: Szarańczą oraz Taternikiem Fachowcem. Członek Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratowniczego.

Taternik Fachowiec – osobnik płci obojga najczęściej przemierzajacy góry w sandałkach lub trampkach, z półlitrowym zapasem wody pitnej bez jakiegokolwiek dodatkowego uposażenia. Bardzo często, w przypadku męskiej części Taterników Fachowców, osobnik z odkrytym, równo opalonym, wydepilowanym i umięśnionym torsem. Bardzo często Taternicy Fachowcy robią za przystawkę do obiadów dla niedzwiedzi lub wilków. Ze względu na swoją permanentną głupotę i braki w podstawach związanych z chodzeniem po górach są nieodmiennym kłopotem dla GOPRowców i Wymierajacego Gatunku Turysty. Czasami przydatny na szlaku jako połączenie statywu z samowyzwalaczem. Taternik Fachowiec w dalszej części zwany może być rónież ‘TF’ lub ‘Głąbem’.

Szarańcza - (nie)zorganizowane grupy młodzieżowe pragnące być zdobywcami. Najczęściej ich dobytek i ekwipunek dowożone są busami lub innymi środkami transportu do kolejnych punktów postoju. Poruszają się zazwyczaj grupkami kilku- lub kilkunastoosobowymi w sposób nie pozwalający pomylić ich z niczym innym. Najczęściej używana formacja na wąskim szlaku to tyraliera, rzadziej w tzw. ‘gęsiego’. Elementem najbardziej charakterystycznym jest panujące kompletne bezhołowie i permanentny chaos wśród całej grupy. Reagują wyłącznie na: ‘zamknąć mordy, bo was gnoje pozabijam!’. W dalszej części Szarańcza może być zwana ‘Gówniarstwem’.

Minister Finansów Domowych – Małżonka Droga. Zwana dalej może być ‘Asią’.

Ugór – potoczna nazwa działki Teścia.

____________________________________________________

Dworzec Centralny/Warszawa

Dworzec Centralny w Warszawie ok. godziny 23.30. Ponad pół godziny do odjazdu pociągu. Powyżej, na schodach, stała właśnie jakaś mołodycia w spodenkach przecudnie opinających jej cztery litery. Na peronie prawie pusto; kręciło się trochę gówniarstwa podążającego również w Bieszczady.

____________________________________________________

Zagórz - stacja docelowa

To już Zagórz, stacja docelowa. Po dwunastogodzinnej podróży Polskimi Kolejami Państwowymi w klasie pierwszej (co nie znaczy wygodnej) postwiliśmy stopy na bieszczadzkiej ziemi. Oczywiście to nie koniec, do miejsca przeznaczenia – Ustrzyków Górnych – jeszcze jakieś 70km. Trzeba było złapać BUSa lub autobus. Niestety busy odjechały lub kierowcy, z braku większej ilości osób, nie za bardzo chcieli podjąć się tak długiego kursu bez pełnego składu. Jak zwykle kwestie ekonomiczne przeważyły. Z drugiej strony przystanek PKS ale, dlaczego nawet mnie to nie zdziwiło, i tutaj problem. Autobusy były tak przepełnione amatorami bieszczadzkich widoków w wiekszości skłądających się z TF, że trzeba było iść z buta – kierowcy odmawiali zabrania choćby jednej osoby więcej skarżąc sie na przepełnienie i przeciążenie. Część trasy zatem pokonaliśmy własną dwójką a część stopem. Dobrzy ludzie widząc dwóch, niemłodych WGT litowali się i zabierali tak daleko jak tylko mogli.

____________________________________________________

Pierwszy przystanek, tuż przed zejściem na szlak. Krótkie przygotowanie; przewietrzenie butów, zasypanie stóp talkiem, lekki odpoczynek, szybki posiłek. Na drugim planie ‘Gwizdek’, kolega z którym przeszedłem sporą część szlaków podczas tegorocznej wyprawy. Zaraz po wejści na most spotkaliśmy grupę młodych dziewczątek podążajacych za swą śliczną przewodniczką :)

____________________________________________________

Pierwsza rogatka BdPN. Niestety zamknięta. Bilet wstępu na szlaki musiał zatem poczekać. Właściwie nic dziwnego, mało kto rzuca się zdobywanie Rawek tym szlakiem ‘bo trudno’; stromo, ślisko i błotniście, większość trasy w lesie. Znaczna część ludzi tą stroną schodzi, chociaż zawsze dziwiło mnie jak można decydować się na łagodne podejści i ostre zejście (obciążenie stawów przy ostrym podejściu jest nieco mniejsze niż przy zejściu). No ale dziś już mało kto wędruje z całym ekwipunkiem zatem ma to już mniejsze znaczenie. Dopiliśmy ostatnie pół litra mleka, dojedliśmy resztki z ostatniego postoju i ruszylismy do góry. Zero ludzi, cisza, spokojnie i można słuchać lasu. Coś niesamowitego.

____________________________________________________

Pierwszy odpoczynek po wyjściu z pierwszego lasu. Niewielki połoniny na grzbiecie pozwalały na złapanie oddechu. Do krzyżówki szlaków na Małej Rawce jeszcze spory kawałek, a do schroniska ponad 4 godziny forsownego marszu. Morale nadal wysokie, wręcz szybuje w stratosferze a my napawamy się cudowanymi widokami i tym niesamowitym spokojem, którego tak bardzo zapragniemy na drugi dzień. Niestety powoli zaczynają dawać o sobie znać, a właściwie czuć, przepocony t-shirt i stara kontuzja kolana, która towarzyszyła mi już do końca wyprawy. Przez sporą część szlaku nikogo nie udało nam się spotkać. Dopiero za drugą ścianą lasu jakieś dwie niemłode niewiasty z gatunku Taternik Fachowiec, obżerały się borówkami a później spotakaliśmy jeszcze 3 pary Głąbów, co na ten szlak było już i tak sporym osiagnięciem i niezłym tłokiem.

____________________________________________________

To juz Bacówka pod Rawkami. Dotarliśmy późnym wieczorem, złachani, zmęczeni i ogólnie umierający. Kolano rwało jak jasna cholera, środków przeciwbólowych niet i ogólnie moralne jakoś nam podupadło tak nisko, że właściwie wylądowało na poziomie gruntu. Ostatnie 250 metrów bez mała się czołgaliśmy (blisko pół godziny). Kilka razy zatrzymaliśmy się na tym odcinku i przycinaliśmy komara. A samo schronisko, coś niesamowitego. Zawsze można tam spotkać wspaniałych ludzi WGT. Wszystkie osoby ze zdjęcia stworzyły świetnie uzupełniającą się ekipę. Oczywiście aby nie było za różowo trafiliśmy na Szarańczę. Mimo tego, że jestem człowiekiem wielkiego spokoju i niezwykle delikatnej natury, to nie strzymałem i omal nie pozbaijałem gówniarstwa. Przeginali począwszy od brania prysznica (po nich już była woda wyłącznie lodowata), poprzez wieczorne krzyki a kończąć na pruciu mordy podczas śniadania i kolacji tak, że usłyszenie własnych myśli było tak samo proste jak zrozumienie posłanki Chojarskiej. A opiekunowie grupy… ech, słów brak. Powiedzenie, że sobie nie radzili, to jak stwierdzenie, że blok reklamowy na Polsacie to drobny przerywnik. Jak to powiedzieł poznany w bacówce GOPRowiec… ‘co za dałny’. A wracając do schroniska… polecam wielkie nalesniki z jagodami i śmietaną.

Aby opisać wszystko co działo się w bacówce przez te dwa dni musiałby powstać oddzielny wpis. Uwierzcie mi, że na prawdę było rewelacyjnie :)

____________________________________________________

Gdzieś między Haliczem a Tarnicą

Gdzieś pomiędzy Haliczem a Tarnicą. Całkiem fajnie się szło jednak delikatny deszcz dawał znać o sobie. Wiało i było chłodno. Czasami przebłyski słoneczka pozwalały na zdjęcia polara czy kurtki. Tutaj na skałce razem z “Koziczką’. Chwilowo uśmiechnięci, niewiele ponad godzinę później miny nie były już tak radosne. W pewnym momencie, już na Szerokim Wierchu, pierdyknęła taka ulewa, że nawet nie zdążyłem założyć kurtki. W ciągu 4 minut zostałem załatwiony na cacy, można było mnie wyrzymać. Ale i tak warto było, widok niemożebny a do tego trzy szybujące sokoły nad Tarnicą w odległości może 50-60m. ode mnie.

A tak wyglądały moje buty po powrocie z Tarnicy. W środku – gnój i bagno. Śmierć frajerom jak zapomina się nogawic. Niestety w odległości metra w każdą stronę od nich powstała strefa skażenia i ciążko sądzić aby przez najbliższe 100 lat cokoliwek w tym miejscu urosło. Większym problemem obecnie jest to, że trzeba przekonać Ministra Finansów Domowych do zakupu nowych bucików, bo we wrześniu trzeba powtórzyć wędrówkę po Bieszczadach, tym razem już jesiennobrązowych.

____________________________________________________

Zaraz po wyjściu ze schroniska pod Rawkami. Zaczęłą się własnie droga do schroniska ‘Chatka Puchatka’. Ciężka przeprawa przez dwie połoniny – Caryńską i Wetlińską – z całym ekwipunkiem. Zaaplikowałem sobie całkiem pokaźną dawkę srodków przeciwbólowych i maści rozgrzewającej. Kolano nadal dawało o sobie znać. Kiedy tabletki i maść zaczęły działać ruszyliśmy. Nie wiem jak ale w ciagu 20 minut cała grupa się odłączyła i przez kilka godzin maszerowałem kompletnie sam. Własne tempo, bez zbędnych przystanków, po prostu bajka. Była piękna pogoda, ciepło, piękne białe chmurki na błękitnym niebie, aż chciało sie człowiekowi żyć. Na szlaku kilku osobników z gatunku TF fachowo oglądało mapy a później pytało mnie odrogę ;)

____________________________________________________

Na całej trasie udało spotkać się jednego dzikiego zwierza – krowę udomowiną :)

Widok z połoniny Caryńskiej

To już sama końcówka Połoniny Caryńskiej a ja tuż przed rozpoczęciem schodzenia na Berehy Górne ku podnóżu Połoniny Wetlińskiej, na szczyt której zmierzałem do schroniska. Za mną rozciąga się przepiękny widok na południowo-wschodnie Bieszczacy z najwyższym ich szczytem – Tarnicą – w tle. Nie da się ukryć, że najpiękniejsze widoki w Bieszczadach są właśnie z połonin. Ogromna przestrzeń z każdej strony gwarantuje na prawdę niesamowite doznania. Co tu więcej pisać, wystarczy popatrzeć :)

____________________________________________________

To już las tuż przed Berehami Górnymi tuż u podnóża Połoniny Caryńskiej. Zejście niesamowicie przyjemne i nad wyraz szybkie. Zbocza zdążyły wyschnąć po wieczornej ulewie, lekkie opary i mgły. Niesamowity klimat, wszędzie zielono, cicho i spokojnie. Na szlaku absolutnie nikogo. W lesie lekkie pozostało lekkie błoto, było nieco chłodniej niż na szczycie. Ściółka nieco sliska i raz przez to wiwinąłem niezłego mazurka ale z wrodzoną sobie gracją złapałem równowagę i moje cztery litery nie zetknęly się z SBB.

____________________________________________________

Pierwszy odpoczynek przy podejściu na Połoninę Wetlińską. Do schroniska jeszcze jakaś godzina marszu. Tutaj zaaplikowałem sobie kolejna dawkę przeciwbólowych, bo kolano znowu zaczynało dość mocno dawać o sobie we znaki. To o czym należy pamiętać przed takim klapnięciem sobie na trawce, to oczywiscie dość mocne potupanie i w miarę możliwości oklepanie najbliższego otoczenia kijem. Żmije są tutaj na porzędku dziennym i na prawdę mogą narobić niemiłych problemów. Mając w pamięci nauczkę z kilku lat wstecz wolałem po raz drugi nie zaznać ukąszenia. Oczywiscie i tutaj spotkałem kilku Taterników Fachowców. Aż żal było patrzeć na te umęczone twarze i wzrok, który mówił jedno – ‘PIĆ’. Jakoś jednak nie wykazałem się w tym wypadku współczuciem i nie zaproponowałem wody z moich zapasów. A niech padną na pociechę misiów.

____________________________________________________

Chatka Puchatka - Schronisko PTTK na Połoninie Wetlińskiej

A to już upragniony widok, schronisko na szczycie Połoniny Wetlińskiej – Chatka Puchatka. Najbardziej spartańskie warunki wśród schronisk bieszczadzkich. Brak wody (najbliższe miejsce do mycia 400m w dół), prąd tylko z agregatu między 19.00 a 22.00, później tylko świeczki. Mimo wszystko ma swój niepowtarzalny klimat i nie ma ryzyka, że zanocują tutaj Głąby. Jeszcze ostatnim razem kiedy byłem za kibelki robiły kacze doły, teraz cywilizacja dotarał i tutaj, postawili murowany kibelek. Chwilę później, podczas zdejmowania opaski uciskowej z kolana, zobaczyłem najpiękniejsze dołeczki na świecie :)

A to już nasza łazienka w Puchatku. Trochę trzeba do niej brnąć w głębokiej trawie i śliską, błotnistą przecinką ale grunt to bieżąca woda. Ostatnim razem trzeba było trochę poczekać aż coś nakapało na dłoń zatem teraz to już luksus był i wręcz zbytek łaski ze strony obsługi schroniska. Szybkie mycie w wodzie o temperaturze nie przekraczajacej 5 stopni i od razu człowiekowi lepiej :)

To było ostatnie miejsce, w którym widziałem moich dotychczasowych towarzyszy wyprawy. Troszke zaimprezowali i z rana byli jakby nieco wczesnodzisiejszoprzedwczorajsi :)

____________________________________________________

To już późny poranek przed schroniskiem, na 2-3 minuty przes wyruszeniem na szlak. Śniadanko zjedzone (podziękowania dla Renaty za kawę), plecak spakowany, manierka napełniona wodą. Od lewej Staszek, Renata (ta od ślicznych dołeczków) i oczywiście ja :) Pozostałe towarzystwo dogorewa jeszcze na pięterku po późnonocnej i bardzowczesnoporannej libacyji. Przede mną kilka godzin marszu szczytami w kierunku miejscowości Smerek, z której muszę dostać się do Zagórza na pociąg. Ze względu na późną godzinę (jak dla WGT) będę musiał trochę przespieszyć żeby nie czekać do rana na autobus. Wiatr dosć silny, w dalszej części drogi musiałem łapać przechył na lewą stronę aby utrzymać równowagę, zatyczki do uszu spreparowałem na szybko z kawałka papieru znalezionego w kieszeni spodni żeby nie przewiało uszu. Piękne słoneczko, czyste niebo i pusty szlak przed sobą… rewelacja.

____________________________________________________

W oddali Chatka Puchatka. Za chwile przejdę przez mały szczyt i zupełnie zniknie mi z oczu. Do tej chwili miałem nadzieję, że być może ktoś z wieczornego ochlaju jednak wyjdzie na szlak… cóż, nadzieja umiera ostatnia :)

Niestety tabletki przeciwbólowe i maść rozgrzewajaca jeszcze nie zaczęły działać zatem szedłem sobie nieco spacerowo. Jakieś pół godziny później, nieco za szczytem który przeszedłem, sprawa kolana się unormowała i złapałem swoje tempo.

____________________________________________________

Krzyżówka szlaków. Udało mi się spotkać tutaj element TF, który zrobił mi foteczkę. Ogólnie zawzięcie studiował mapę z miną nic nie wyrażającą, no w najlepszym wypadku zastanawiał się co mogą oznaczać te plamy i linie na kartce papieru. Oczywiście spytał o drogę mając nad głową ‘drogowskazy’. Aż chciałoby się skierować takiego Głąba w złym kierunku. Kiedy już udało mi się z grubsza objaśnić delikwentowi podstawowy kierunek zauważyłem nadciągającą Szarańczę z kierunku parkingu umieszczonego na drodze poniżej (tzw. żółty szlak). Postanoiwłem zatem, że dłużej jednak tu nie zabawię, ponieważ moje mordercze instynkty mogą wziąć górę nad zdrowym rozsądkiem. A byłem już dość mocno złachany i miałem ochotę odpocząć. Po chwili ruszyłem na Smerek z nadzieją, że nikt za mną nie pójdzie.

____________________________________________________

Jak wspomniałem, musiałem odpocząć. Okropne wiatrzysko uniemożliwiało zatrzymanie się bezpośrednio na przecince i musiałem dojść do pierwszych skałek żeby mieć nieco osłony. Po jakichś 20 minutach marszu dotarłem do pierwszego takiego miejsca. Dołożyłem sobie kolejną dawkę tabletek, poprawiłem opaskę uciskową na kolanie i nieco się przekimałem.

____________________________________________________

A to już Smerek, czyli jakieś pół trasy za mną. Dalej ciężkie zejście, stromo i lekko skaliście. Najgorsze, że TF wyszli na szlak i już nieco poniżej zacząłem mijać pierwsze takie elementy. Problemem była równieżich ułańska fantzaja tychże – zabierali ze sobą dzieci. Czasami człowiek żałuje, że nie ma ze sobą czekana i nie może ponap… w te puste łby.

____________________________________________________

A to już las poniżej Smereka. Od samego wejścia spotykałem już najróżniejsze odmiany TF. Od mózgowców bez koszulek czy czapek na głowie, poprzez delikwentów bez wody (tak, bez wody) po fachowców w japonkach na nogach. Wszystkich łączył jeden wspólny tekst powtarzany niczym matra: ‘Daleko jeszcze na górę?’ Pierwsza sprawa, skąd mam wiedzieć na jaką górę a sprawa druga skąd mam wiedzieć jakim tempem oni idą??? Jednak to co najlepsze jeśli chodzi o element TF miało mnie jeszcze spotkać. Zanim to nastąpiło mialem kilkanaście minut spokojnego marszu i mogłem posłuchać lasu. Uwierzcie mi, coś niesamowitego.

____________________________________________________

Ostatni odpoczynek, mała polanka niewiele ponad wioską Smerek. Czas zrzucić plecak, porzadnie sie napić i odetchnąć kilka minut. Po krótkiej ciszy usłyszałem jakieś rozmowy. Oczywiscie nadciągali TF. To co zobaczyłem przekroczyło moje najsmielsze wyobrażenia. 10 osób, 5 dziewczątek w wieku rębnym i 5 kolesiów nadajacych się na podkłady kolejowe. Wyposażenie jednakoż pozostawiało sporo do życzenia: każdy miał pół litra wody (ja przez ostatnie pół godziny wypiłem ponad litr), za obuwie górskie robily trampki z łyżwą lub latajacym kotem a za okrycie wierzchnie głowy ścięte na 3mm włosy (brawo). U dziewczątek wcale lepiej nie było, chociaż dwie miały beretki a każda włosy nieco dłuższe niż świeżo przycięta trawka na lądowisku dla śmigłowca. Z drugiej strony, udaru mózgu i tak nie mieli szansy dostać. Coś tam zaczeli do mnie bełkotać ale z wrodzona sobie subtelnością spytałem czy mają coś do pisania. Kiedy powiedzieli, że “tak” (Jezusie kochany, nie mieli wody ale mieli coś do pisania!) poprosiłem najgrzeczniej jak potrafiłem aby zapisali sobie numer GOPRu. Nie omieszkałem oczywiście poinstruować aby użyli go w ostateczności ponieważ GOPRowcy mają już i tak pełne ręce roboty z masą podobnych im Głąbów. Panowie o fizis szympansa jakoś dziwnie na mnie popatrzyli ale chyba odpuścili. Nigdy nie wiadomo jak zachowa się facet który przy pasie od plecaka nosi 20 centymetrowy bagnet od Kałasznikowa :) Wstałem, podopinałem i pościągłem wszystkie pasy, pożegnałem się uniżenie i ruszyłem na dół.

____________________________________________________

Wetlinka

Wreszcie na dole. Za mną rzeka Wetlinka. Mogłem wreszcie się nieco opłukać i napić do woli, bez reglamentowania sobie wody. Kilka minut na brzegu i ruszyłem w kierunku wioski Smerek aby złapać autobus lub stopa nad Solinę. Niestety nie udało się. Trochę się przespacerowałem, później złapałem stopa do Cisnej. Tam nieco przymarudziłem i chyba już ze zmęczenia popieprzyłem kierunki i ruszyłem w złą stronę. Dotarłem do przystanku w wiosce Dołżyca, z którego już nie miałem zamiaru się ruszyć, chyba że w autobusie.

____________________________________________________

Przystanek w Dołżycy. Do autobusu ponad 45minut. Wreszcie można zdjąć nogawice i dać odetchnąć nogom. Ostatni telefon do Asi z prośbą o informację o kórej godzinie z Sanoka odjeżdża pociag (autobus do Zagórza odjechał był). Niestety Asia na Ugorze. Jak się okazało wykazałą się znacznie wiekszą lotnością umysłu ode mnie ponieważ po minucie zadzwonił Yellow z infrormację nt. odjazdu pociągu. Pozostało tylko czekać na autobus. Telefon po zakończeniu rozmowy z Yellowem poinformował o zatrwazajaco niskim poziomie naładowania baterii. Cóż, trzeba było wyłączyć aby zaoszczędzić na wszelki wypadek.

____________________________________________________

Wylądowałem jednak w Zagórzu. Autobus jechał do Sanoka przez Zagórz. Było to tak oczywiste, że dotarło do mnie dopiero w okolicach Leska. Cóż, plus dla mnie. Miałem jeszcze chwilę czasu żeby wykąpać się w Sanie. Woda była cieplutka a po dwóch dniach nie mycia się (ochlapanie się w Puchatku nie może być nazwane umyciem) i całodziennym marszu nie było nic piękniejszego.

____________________________________________________

I to byloby na tyle jeśli chodzi o moją ostatnią wyprawę w Bieszczady. Kolejna pod koniec września :)

2 Komentarzy do “Trip 2 Bieszczady”

  1. 1
    yellow:

    Kawał Cholernie ciekawego materiału, wkręciłem się dośc mocno a tu masz Ci panie – koniec.
    Rozpaliles moją rządze wypadu w bieszczady do granic możliwości, dobrze wiedziec, że może w końcu bede mial z kim jechac.
    btw. Jak było z tymi żmijami i zeszłorocznym ukąszeniu, przyznam że mocno mnie to zaintrygowało ;>

    Witamy na pokładzie :)

    VN:F [1.9.1_1087]
    Rating: 0 (from 0 votes)
  2. 2
    noel:

    Żmija mnie użarła lata temu, podczas zejścia z Halicza. Uwierz mi, że to nic ciekawego. Zaczyna cię dosć mocno nap… a później zaczynasz lekko tracić czucie. Po zaaplikowaniu surowicy masz już dość wszystkiego.

    VN:F [1.9.1_1087]
    Rating: 0 (from 0 votes)

Dodaj komentarz

Obraz CAPTCHY CAPTCHA Audio
Odśwież obrazek